Wacław Skarul

Absolwent AWF Wrocław, trener kolarstwa

Trzeba się rozpędzić od zera i z dużą intensywnością wyjechać się do końca – tak wygląda kolarski wyścig torowy na 1 km ze startu zatrzymanego, moja koronna konkurencja, dawniej olimpijska. Byłem w tym dobry. Ścigałem się kiedyś z późniejszym czterokrotnym mistrzem świata i mistrzem olimpijskim, Niemcem Lotharem Thomsem. Raz on wygrywał, raz ja. Marzyły mi się olimpijskie sukcesy.

Niestety wydarzył się dramatyczny wypadek na torze, który wyeliminował mnie z kolarstwa. Zakończyło się wstrząsem mózgu z tak zwaną epilepsją. Niewiele z tego pamiętam, dopiero po trzech dniach zostałem wybudzony ze śpiączki.  

Sport nauczył mnie jednak ważnej rzeczy: jednego dnia masz wynik, możesz go sobie zapisać w dossier, ale drugiego i tak zaczynasz wszystko od nowa. Niespełniona kariera sportowa i związane z tym uczucie niedosytu stały się dla mnie motorem do działania.

Wypadek zdarzył się akurat wtedy, gdy zaczynałem studia. Próbowałem jeszcze wracać do kolarstwa, ale czułem, że to już nie było to. Lang czy Jankiewicz, moi koledzy z kadry młodzieżowej, poszli do przodu, a ja byłem rozdarty. W końcu podjąłem decyzję: przestaję się ścigać i zajmuję się już tylko studiowaniem. Umiem podejmować trudne decyzje, w moim życiu było ich dużo.

Wróciliśmy z Rio z dwoma medalami olimpijskimi i polskie kolarstwo odzyskało dawny blask.

Studia traktowałem bardzo poważnie: nie chciałem zakuć, zdać i zapomnieć. Chciałem wiedzieć. Zresztą wybór AWF we Wrocławiu był bardzo świadomy, „słoneczna uczelnia”, jak się ją wtedy nazywało, była dla mnie prawdziwą szkołą życia. Realizowany program, kadra pedagogiczna, władze uczelni – tworzyli warunki dla młodych ludzi i trzeba to było wykorzystać.

Część egzaminów zdawałem na Akademii Medycznej. Zająłem się badaniami wydolności fizycznej kolarzy, w tym mojego kolegi Ryśka Szurkowskiego, wtedy już mistrza świata. Robiłem mu testy i badałem jego nieprzeciętny organizm w ramach pracy magisterskiej. Z egzaminu magisterskiego wyszedłem z mocnym postanowieniem, że zostanę trenerem polskiej kadry narodowej i doprowadzę polskiego zawodnika do mistrzostwa świata.

Po studiach przez pięć lat pracowałem w Zakładzie Fizjologii, gdzie oprócz zajęć ze studentami miałem możliwość realizacji wielu badań wydolnościowych w różnych dyscyplinach sportowych. Byłem też konsultantem naukowo-metodycznym polskiej kadry kolarzy, ale też narciarzy biegowych, wioślarzy, kajakarzy, dżudoków i lekkoatletów. W związku z tymi obowiązkami uczestniczyłem w igrzyskach olimpijskich w Moskwie w 1980 r.

Te wszystkie lata spędzone w murach AWF ukształtowały mnie nie tylko jako trenera, ale również jako człowieka. W tym bardzo szczególnym okresie w moim życiu na Akademii spotkałem wielu ludzi, wykładowców i kolegów, od których wiele się nauczyłem. Profesorowie Julian Jonkisz, Zbigniew Naglak, Zdzisław Zagrobelny, dr Ryszard Jezierski czy moi nieco starsi koledzy, jak Marek Zatoń, Gabryś Łasiński, Andrzej Bugajski, Tadeusz Koszczyc i Kazik Kurzawski wpłynęli na mój rozwój i późniejszą pracę. Zresztą takich osobowości na AWF nigdy nie brakowało i nie brakuje również dzisiaj. Nieprzypadkowo przecież AWF Wrocław to od dłuższego czasu najlepsza uczelnia w swojej klasie… Wprawdzie czasy się zmieniły, ale mogę z całą pewnością powiedzieć wszystkim młodym ludziom, że warto tam studiować!

Gdy w 1984 r. Rysiek Szurkowski objął stanowisko trenera polskiej kadry kolarzy szosowych, zaproponował mi współpracę. Stworzyliśmy bardzo dobry duet trenerski. Ja przymierzałem się do doktoratu z fizjologii, ale zamiast tego mogłem wiele rzeczy sprawdzić w praktyce. Natomiast od Ryśka uczyłem się taktyki. Miałem też ciągle kontakt z uczelnią, gdzie prowadziłem zajęcia ze specjalizacji trenerskiej w kolarstwie. W sumie wykształciłem ponad 90 trenerów kolarstwa.

Kolarstwo to kompilacja różnych cech. Liczą się siła, wytrzymałość i szybkość, ale sfera fizyczna to 50 procent. Pozostałe 50 proc. kolarze zawdzięczają swojej głowie.

Nasz największy wspólny sukces to drużynowe srebro na igrzyskach w Seulu. Po nim Rysiek postanowił poprowadzić pierwszą w Polsce zawodową grupę kolarską, a ja dalej już sam pracowałem z najlepszymi polskimi kolarzami z tamtych lat: Halupczokiem, Jaskułą, Spruchem, Leśniewskim, Sypytkowskim czy Wadeckim. Rok później spełnił się cel, który sobie postawiłem na samym początku: Joachim Halupczok wrócił z Francji z Chambery z tytułem mistrza świata.

Wyzwania zrealizowane przestają być wyzwaniami. W tamtym czasie zaczęło zależeć mi bardziej na zabezpieczeniu materialnego bytu mojej rodzinie, zapewnieniu im dachu nad głową, dlatego przyjąłem propozycję trenowania zawodowej drużyny kolarskiej w Austrii. Współpracowałem też z kadrą tego kraju i prawdopodobnie zostałbym trenerem ich reprezentacji, ale wtedy moja żona Aleksandra, której zawdzięczałem to, że dzieci jeszcze nie mówiły do mnie „wujku”, w końcu powiedziała „dość”.

Póki jestem w stanie przejechać 100 km po szosie na rowerze, nie czuję się stary.

Wróciłem do kraju i podjąłem kolejną trudną decyzję: rzucam kolarstwo i zajmuję się pracą w biznesie – zaczynając od zera. Na kolejne 22 lata związałem się z rynkiem ubezpieczeniowo-finansowym, najpierw jako unit menedżer, potem dyrektor oddziału, aż do dyrektora departamentu w dużej międzynarodowej firmie. Zajmowałem się sprzedażą i rozwojem ludzi. Sprzedaż i sport mają wiele wspólnego: jednego roku robisz dobry wynik, ale drugiego zaczynasz wszystko od początku i musisz dodatkowo o 10 procent ten wynik poprawić.

Kolejną trudną decyzję podjąłem pod koniec 2010 r.: wracam do kolarstwa jako prezes Polskiego Związku Kolarskiego. Związkowi groziła wtedy likwidacja: ogromne zadłużenie, wyłączony prąd, ogrzewanie, ludzie bez pensji. Wszyscy się pukali w głowy i zastanawiali, jak on to zrobi. Zrobiłem. W ciągu sześciu lat zredukowałem długi, przy wydatnej pomocy Darka Miłka, byłego kolarza, właściciela CCC. Stworzyłem Narodowy Program Rozwoju Kolarstwa – realizowany i rozwijany do dzisiaj, wróciliśmy z Rio z dwoma medalami olimpijskimi i polskie kolarstwo odzyskało dawny blask.

Mam już sześćdziesiątkę na karku i widzę bardzo wyraźnie, że wszystkie etapy w tej karierze zawodowej, wynikające z mojego niespokojnego ducha, jednak były po coś i czemuś służyły.

Teraz chciałbym rozwijać kolarstwo na Dolnym Śląsku, pracować bliżej domu i wreszcie w nim trochę pomieszkać, mieć czas dla rodziny i dla wnuka – w tym roku zostałem dziadkiem. Może zrealizuję się w końcu jako dziennikarz sportowy, to też od jakiegoś czasu było moje marzenie. Poza tym prowadzę szkolenia dla menedżerów w różnych firmach.

No i jeszcze jedno – chciałbym dalej mieć kontakt z moją Alma Mater, warto przecież przekazywać swoje doświadczenia i wiedzę młodym ludziom, bo bez tego nie ma rozwoju

Póki jestem w stanie przejechać 100 km po szosie na rowerze, nie czuję się stary. Wsiadam na rower zawsze wtedy, gdy muszę podjąć jakąś decyzję i znaleźć jakieś rozwiązanie. Gdybym chciał spojrzeć na siebie z dystansu, to chyba całe życie jestem tym kolarzem, który potrafi rozpędzić się na torze od zera.

Zapisz się na newsletter

Do otrzymania jeden z upominków m.in. Tablet HUAWEI MediaPad T5, gry planszowe Monopoly Wrocław.